Ograniczenia praw obywatelskich w związku z zagrożeniem epidemicznym COVID 19

Michał Grabiec        16 marca 2020        Komentarze (0)

Ustawa o zapobieganiu oraz zwalczaniu zakażeń i chorób zakaźnych u ludzi zawiera wiele dziwnych przepisów, które – jak dotychczas mi się wydawało – nie mają najmniejszego zastosowania i powstały mniej więcej w XIV wieku. Zaraz po epidemii Czarnej Śmierci, czyli Dżumy, która zdziesiątkowała Europę za czasów króla Kazimierza Wielkiego.

Ustawa jako jedna z nielicznych nadal posługuje się pojęciem felczera (quasi lekarz – zawód wprowadzony w Polsce Ludowej ustawą z 1950 roku) i nakłada jakże praktyczny obowiązek usuwania “padłych zwierząt” przez właścicieli, posiadaczy i zarządzających nieruchomością.

zagrożenie epidemiczne

Ustawa ta w praktyce naszej kancelarii przydawała się dotychczas do wykazania w trakcie procesów sądowych o zakażenia szpitalne, że konkretna bakteria (clostridium difficile, gronkowiec złocisty MRSA czy pałeczka ropy błękitnej) jest lub nie jest typowo szpitalna, co ma znaczenie w wielu postępowaniach. Pozostałe zapisy ustawy były dosyć egzotyczne i spotykane tak często jak kapibary w Sosnowcu.

Aż do dzisiaj, kiedy mamy w Polsce zagrożenie epidemiczne * COVID 19 i coraz częściej słyszymy o ograniczaniu praw obywateli, stanach zagrożenia epidemicznego czy przymusowych kwarantannach. Ustawa nabiera realnego kształtu i zaczyna być w praktyce stosowana. A jest całkiem ciekawie, bo wszystkie osoby przebywające na terytorium Polski (nie tylko obywatele) mogą zostać poddane całkiem różnorodnym torturom związanym z zapobieganiem i zwalczaniem zakażeń wirusem Sars-cov, czyli koranowirusem.

Do obostrzeń, które mogą zostać nałożone na obywateli należą obowiązek poddania się:

a) zabiegom sanitarnym,

b) szczepieniom ochronnym (warto poprosić lekarza o te nieco droższe, ale niepowodujące autyzmu 😉 )

c) poekspozycyjnemu profilaktycznemu stosowaniu leków,

d) badaniom sanitarno-epidemiologicznym, w tym również postępowaniu mającemu na celu pobranie lub dostarczenie materiału do tych badań,

e) nadzorowi epidemiologicznemu,

f) kwarantannie,

g) leczeniu (isotny wyjątek od zasady autonomii pacjenta),

h) hospitalizacji (j.w.),

i) izolacji.

Ponadto w obliczu epidemii, istnieje możliwość de facto zakazania wykonywania określonych prac, przy wykonywaniu których istnieje możliwość przeniesienia zakażenia lub choroby zakaźnej (zamknięcie restauracji co właśnie ma miejsce) czy stosowania się do innych zakazów i nakazów Państwowej Inspekcji Sanitarnej (zabawny skrót swoją drogą).

Klamrę zakresu przymusowego obcowania obywateli z państwem polskim w związku z zagrożeniem epidemicznym domyka obowiązek udzielania danych i informacji określonym organizacjom państwowym, takim jak Państwowa Inspekcja Sanitarna, Wojskowa Inspekcja Weterynaryjna, instytuty badawcze, ośrodki referencyjne.

Jeżeli chcesz jeszcze bardziej zepsuć sobie nastrój, zapraszam serdecznie do przeczytania artykułu w Wikipedii o historii Czarnej śmierci w XIV wiecznej Europie. Z kolei więcej o ograniczeniu praw pacjenta w związku z zaistniałą sytuacją, przeczytasz tutaj.

*Zgodnie z ustawą, za zagrożenie epidemiczne uznaje się zaistnienie na danym obszarze warunków lub przesłanek wskazujących na ryzyko wystąpienia epidemii

Ograniczenie praw pacjenta w związku z koronawirusem SARS-cov 2

Michał Grabiec        11 marca 2020        Komentarze (0)

Kilka dni temu, do naszego kraju przybył długo wyczekiwany gość z kraju na krańcu Jedwabnego Szlaku. Ten jegomość zwany zupełnie nie po chińsku SARC-cov 2 powoduje niezbyt przyjemną chorobę pod nic nie mówiącą nazwą COVID- 19. Mowa oczywiście o koronawirusie.

Swoją drogą to kiedyś choroby nazywały się jakoś bardziej przyjaźnie. Przecież zupełnie inaczej musi czuć się pacjent cierpiący na swojsko brzmiącą kiłę, niż na jakąś naukowo nazwaną i niezrozumiałą dolegliwość. Ale to nie koniec. Przecież dosłownie kwitnąco brzmi nazwa choroby o nazwie różyczka. Podobnie jest z rzeżączką, durem brzusznym (przynajmniej wiadomo co ma boleć) czy niezwykle niegdyś popularną u polskich artystów gruźlicą. Nawet malaria jest jakoś bliższa naszemu europejskiemu sercu, chociaż jest to choroba tropikalna. Musimy przyznać, że kiedyś naukowcy mieli po prostu większą fantazję, aniżeli współcześni badacze. Te czasy pewnie bezpowrotnie minęły i zostaje nam toczyć walkę z brzydko nazwanymi jednostkami zaszeregowanymi w Międzynarodowej Klasyfikacji Chorób ICD-10 (niebawem ICD-11).

Słyszymy ostatnio o zamykaniu oddziałów szpitalnych dla odwiedzających, podobnie ze szkołami czy innymi miejscami publicznymi. Ma to się przysłużyć ograniczaniu liczby zakażeń i rozprzestrzenianiu wirusa. Skoro fachowcy od epidemiologii tak mówią, to tak pewnie jest.

Pojawia się jednak problem prawny. Czy ograniczenie praw pacjenta w związku z koronawirusem jest zgodne z prawem? Czy można odmówić rodzinie pacjenta odwiedzenie go w niezbyt przecież przyjemnej chwili jaką jest pobyt w szpitalu?

Otóż jak najbardziej i nie trzeba specjalnie daleko szukać. Wystarczy sięgnąć do naszej ulubionej ustawy z dnia 9 listopada 2008 roku o prawach pacjenta i Rzeczniku Praw Pacjenta, gdzie w jednym z artykułów wskazano, że:

“Kierownik podmiotu udzielającego świadczeń zdrowotnych lub upoważniony przez niego lekarz może ograniczyć korzystanie z praw pacjenta w przypadku wystąpienia zagrożenia epidemicznego lub ze względu na bezpieczeństwo zdrowotne pacjentów(…).

Właśnie zagrożenie epidemiczne może być przyczyną ograniczenia praw pacjenta i jakiekolwiek dochodzenie zadośćuczynienia za naruszenie praw pacjenta może okazać się po prostu nieskuteczne.

O jakie sytuacje może chodzić?

Na przykład – pacjent był hospitalizowany w szpitalu, obecnie złożył wniosek o wydanie mu odpisów dokumentacji medycznej w formie papierowej, chciałby dokumenty odebrać w sekretariacie szpitala i przy okazji porozmawiać z przebywającym w izolatce lekarzem-ordynatorem o swoim stanie zdrowia. Lekarz-ordynator nie może podpisać dokumentacji, bo jest w izolatce, a obieg przedmiotów w tym miejscu jest dość restrykcyjny. Pacjent nie może porozmawiać z lekarzem, bo nikt nie jest do niego dopuszczany (tak istnieją telefony komórkowe, ale lekarz wcale nie ma obowiązku podawać swojego prywatnego numeru pacjentowi). Możliwych wariantów jest oczywiście więcej. Ograniczenie praw pacjenta ma w takiej sytuacji uzasadnienie.

ograniczenie praw pacjenta

Kierownik podmiotu (dyrektor szpitala, kierownik przychodni) powinien wydać dokument uzasadniający ograniczenie praw pacjenta. W znanych mi przypadkach, faktycznie dyrektor jednego ze śląskich szpitali krążył po oddziałach szpitalnych i komunikował lekarzom, że zostało wydane zarządzenie ograniczające niektóre z praw pacjenta.

Również inny przepis pozwala na ograniczenie praw pacjenta w związku z zagrożeniem epidemiologicznym. Mowa o prawie pacjenta do obecności osoby bliskiej przy udzielaniu temu pacjentowi świadczeń medycznych.

W tym przypadku, osoba wykonująca zawód medyczny udzielająca świadczeń zdrowotnych pacjentowi (czyli lekarz, pielęgniarka) może odmówić obecności osoby bliskiej przy udzielaniu świadczeń zdrowotnych, w przypadku istnienia prawdopodobieństwa wystąpienia zagrożenia epidemicznego lub ze względu na bezpieczeństwo zdrowotne pacjenta. Odmowę taką należy odnotować w dokumentacji medycznej.

Więcej o koronawirusie w Polsce, znajdziesz na stronie Ministerstwa Zdrowia (o ile z powodu przeciążenia lub ataku wirusa 😉 nie padnie serwer ministerstwa).

Zadośćuczynienie za błąd kosmetyczki

Michał Grabiec        30 stycznia 2020        Komentarze (0)

W dzisiejszych czasach pragniemy być piękni, młodzi i powabni jak Zbyszko z Bogdańca. Pamiętacie (pewnie nie) sceny filmowe, gdy ten urodziwy młodzieniec z rycerską fantazją zdobywał serce Danusi w prehistorycznym dziele pt. “Krzyżacy”. Nie na wiele się to zdało, bo Danusia koniec końców umarła, a Zbyszko znalazł ukojenie w ramionach bardziej swojskiej i przystępnej Jagienki.

Zadośćuczynienie za błąd kosmetyczki

Zbyszko jako nastoletni młodzik nie musiał korzystać z kosmetyczek, odwiedzać gabinetów SPA & Wellness, nie mówiąc już o lekarzach medycyny estetycznej, których prawdopodobnie wówczas na ziemiach polskich nie było. W czasach gdy przeciętna długość życia człowieka nie przekraczała prawdopodobnie 3 lat, starzenie i błędy urody nie stanowiły najważniejszego problemu ówczesnego społeczeństwa. W przeciwieństwie do najazdów krzyżackich czy groźby kościelnej ekskomuniki. Jednak nie w tym rzecz.

Czasy mamy inne, średnia długość życia się nieco podniosła, a uroda najzwyczajniej w świecie może przemijać. Z tego powodu, w ostatnich latach rozkwitła nieprawdopodobna liczba gabinetów medycyny estetycznej, kosmetycznych i kosmetologicznych (nie, to nie to samo).

Błędy, błędy i jeszcze raz błędy…

Jak w każdej dziedzinie ludzkiej aktywności, również w branży estetycznej można znaleźć artystów w swojej dziedzinie, porządnych rzemieślników, oraz zwyczajnych partaczy (wśród prawników jest zresztą dokładnie tak samo). Błędy zdarzają, który może skończyć się w sądzie procesem o odszkodowanie i zadośćuczynienie za błąd kosmetyczki, kosmetologa czy lekarza medycyny estetycznej. Wówczas, jak w każdym tego rodzaju procesie musimy powiązać występującą szkodę (krzywdę) z nieprawidłowym zachowaniem i udowodnić tzw. adekwatny związek przyczynowy.

Procesy o błędy w medycynie estetycznej różnią się od siebie, bo inny jest zakres uprawnień kosmetyczki, która ukończyła kurs zakończony wydaniem certyfikatu, inny kosmetologa, a jeszcze inny lekarza medycyny estetycznej. Nie można wszystkich wrzucić do jednego prawniczego worka i wytoczyć proces sądowy. Byłoby wtedy za łatwo i prawnicy nie byliby do niczego potrzebni, a prawdopodobnie już wiesz, że tego bym nie chciał 🙂

Z życia kancelarii…

W ubiegłym tygodniu zakończyło się prowadzone w naszej kancelarii postępowanie, w którym kosmetyczka w sposób nieprawidłowy wykonała zabieg mezoterapii u Pani Aldony. Błąd okazał się doniosły w skutkach, chociaż nie łączył się z trwałym okaleczeniem naszej klientki. Skończyło się na kilku miesiącach przemodelowanego trybu życia – unikania słońca, stosowania odpowiednich kosmetyków. Pani Aldona ciężko przeżyła jednak całą sytuację, korzystała z pomocy psychologa, który pozwolił jej przebrnąć przez kilka miesięcy koszmaru.

Finał tej historii jest taki…

Nie musieliśmy kierować sprawy do sądu. Ubezpieczyciel na początku odmówił przyznania świadczeń, jednak po wniesieniu odwołania zmienił zdanie i przyznał zarówno odszkodowanie (koszt leczenia, terapii psychologicznej) i zadośćuczynienie za błąd kosmetyczki (rekompensata za cierpienia fizyczne i psychiczne) – łączna suma przyznanych w ten sposób kwot to około 40 000 zł. Jeżeli chcielibyście jeszcze zgłębić temat, zapraszam do wpisu pt. “Odszkodowanie i zadośćuczynienie za błąd w medycynie estetycznej“.

Zły i dobry wybór biegłego w procesie

Michał Grabiec        15 stycznia 2020        Komentarze (0)

Po nieco przedłużonym okresie świąteczno-noworocznym wracamy do codziennych obowiązków. No może nie nie wszyscy, bo śląskie dzieciaki mają właśnie ferie, w przeciwieństwie do dorosłych, którzy nie wiedzieć czemu (mają przecież przedstawicielstwo w parlamencie) nie uchwalili dotąd ferii dla dorosłych. Ale przecież jak doskonale wiemy z literatury, dorastanie nie jest wyłącznie biologicznym przymusem, co doskonale dowodzi kazus chociażby Piotrusia Pana znanego z powieści J.M. Barriego.

Po tej przerwie, do kancelarii zaczęła trafiać korespondencja wysyłana intensywnie z różnych sądów tuż przed przerwą świąteczną, albo zaraz po niej. Na przykład, kilkanaście dni temu dostaliśmy informację, że rozprawa w jednej z naszych spraw odbędzie się w dniu 3 stycznia 2020 roku, o godzinie 9:30.

Problem w tym, że zawiadomienie o rozprawie odebraliśmy w dniu 3 stycznia około godziny 14. Sąd prawdopodobnie założył, że w kancelarii GW LEGAL pracują bez przerwy, co stawiałoby pod dużym znakiem zapytania respektowanie praw pracowniczych w naszej firmie. Dementujemy – kodeks pracy to jedna z naszych ulubionych lektur 😉

wybór biegłego w procesie

Kilka miesięcy temu wspominałem o sprawie, w której osoba transseksualna złożyła do sądu pozew o ustalenie płci. A jeśli nie wspomniałem to opowiem tę historię:

Klient złożył do sądu pozew o ustalenie płci. Niestety sam pozew był nieco lakoniczny, przygotowany przy pomocy formularza dostępnego na jednym z forum transowych. Problem tkwi jednak w tym, że formularz ten ma już kilkanaście lat i nijak ma się do dzisiejszych realiów sądowych – ostatnia duża nowelizacja procedury cywilnej miała miejsce dwa miesiące temu.

Po kilku miesiącach od złożenia pozwu doszło do rozprawy, na której sąd postanowił przeprowadzić dowód z opinii biegłego. Nie jest to nic nadzwyczajnego, chociaż staramy się “lobbować” za zmianą praktyki, tak aby sądy rzadziej korzystały z pomocy biegłych w procesach o ustalenie płci. Jednak na dzień dzisiejszy wybór biegłego w procesie to bardzo ważny element całej układanki procesowej.

Dlaczego?

W tym przypadku powód nie wskazał jakiego biegłego powinien sąd wyznaczyć i pozostawił wolną wolę sędziemu. A szkoda, bo jeśli powód/ka razem z rodzicami wskażą osobę biegłego, sąd z reguły zgadza się na tę propozycję. Sztuką jest zatem umiejętne dobranie osoby wydającej opinię medyczną. Reguła ta dotyczy zresztą także procesów o błędy w sztuce medycznej. Niefrasobliwy wybór biegłego w procesie może kosztować sporo nerwów, czasu i pieniędzy. Zresztą mój post o złej i dobrej opinii biegłego przeczytasz tutaj.

I nastąpił dramat, który sprawił, że zostaliśmy zaproszeni do tej do tej rozgrywki. Wpłynęła bowiem opinia lekarska, wydana przez renomowany instytut (koszt opinii to 4 000 zł), w której stwierdzono, że z “dostarczonej dokumentacji oraz przeprowadzonego wywiadu nie wynika aby powód był osobą transseksualną, a dalsza diagnostyka powinna trwać jeszcze co najmniej rok. “

Wtedy, za pośrednictwem zaprzyjaźnionego z nami seksuologa doszło do spotkania w siedzibie naszej kancelarii i powierzenia nam tej sprawy. Trwało to kilka miesięcy, ale wpłynęło do kancelarii jeszcze ciepłe pismo, w którym sąd powołał nowego biegłego – seksuologa i psychiatrę.

Sąd nadal może uwzględnić poprzednią opinię i wydać niekorzystny wyrok. Ale w tej chwili jest duża szansa, że “nowi” biegli wydadzą opinię pozytywną i naszym zadaniem będzie przekonać sąd, że ta opinia jest po prostu bardziej profesjonalna i lepiej odpowiada na pytania sądu. Podejrzewam też, że ta opinia będzie kilka razy tańsza niż opinia instytutu.

Przyznam, że zarówna nam, jak i naszemu nowemu klientowi, spadł całkiem spory kamień z serca. Dla osoby transseksualnej konieczność oczekiwania kilka lat na prawomocny wyrok to prawdziwy koszmar. A umiejętny wybór biegłego w procesie to niekiedy klucz do sukcesu.


Zadośćuczynienie za stracone święta!

Michał Grabiec        17 grudnia 2019        Komentarze (0)

Dwa tygodnie temu zapadł wyrok sądu w prowadzonej przeze mnie od kilku la sprawie. Zresztą okoliczności procesu są jak najbardziej aktualne – chodziło o zadośćuczynienie za stracone święta, a dokładniej Boże Narodzenie. Przypadek dość ciekawy, zresztą sam/a przeczytaj o co chodziło:

Pacjent w 2012 roku trafił na oddział szpitala w celu usunięcia drobnej zmiany zlokalizowanej na lewym żebrze. Operacja się udała, znieczulenie także, personel medyczny przekazał usuniętą narośl do badania patomorfologicznego. Zmiana okazała się na szczęście łagodna, ale nie w tym tkwił cały problem, który legł u podstaw procesu sądowego.

Zadośćuczynienie za stracone święta

Na tydzień przez świętami, pacjent został wypisany ze szpitala, otrzymał kartę informacyjna z leczenia szpitalnego. Pacjent otrzymał także ustne zalecenia – miał zainteresować się się gorączką, której nie udałoby się “zbić” ogólnie dostępnymi lekami. Tyle tytułem zaleceń pooperacyjnych.

Po kilku dniach okazało się, że pacjent nie może się poruszać, śpi na siedząco, wypowiedzenie chociażby kilku zdań graniczy z cudem. Pacjent otrzymał informacje o stanie zdrowia – ma przejmować się wyłącznie wysoką temperaturą ciała. Reszta jest normalnym efektem procesu gojenia rany.

Okazało się, że nie do końca. Pacjent został wypisany ze szpitala z zaciemnieniem w lewym płucu – okazało się, że był to formułujący się dopiero krwiak po przeprowadzonej operacji. Krwiak, który nie zamierzał się wchłonąć i należało go usunąć chirurgicznie. Pewnie się domyślasz, że tak się nie stało.

Pacjent został wypisany ze szpitala w połowie grudnia, w okresie przedświątecznym. Kilka dni spędził okropnie męcząc się w domu, a wigilię spędził na oddziale szpitalnym – w dniu 24 grudnia 2012 roku trafił do szpitala z powodu coraz poważniejszych problemów z oddychaniem. W tym szpitalu dostrzeżono krwiak i przewieziono pacjenta do szpitala, w którym był pierwotnie operowany.

Nie trzeba być osobą przywiązaną do rodzimych tradycji by móc wyobrazić sobie lepszy sposób na spędzenie 24 grudnia aniżeli mimowolne wycieczki między dwoma szpitalami…

Efekt był taki, że pobyt pacjenta w szpitalu przedłużył się o kilka tygodni, całe Boże Narodzenie, Nowy Rok i kilka dni stycznia zostało zmarnowanych na bezsensowny pobyt w szpitalu.

Przeprowadzone przez sąd postępowanie dowodowe, w tym opinia biegłego z zakresu torakochirurgii wykazało błąd medyczny w postaci przedwczesnego wypisu pacjenta ze szpitala. Pacjent uzyskał kilkadziesiąt tysięcy złotych tytułem zadośćuczynienia za doznaną krzywdę.

Teraz czekamy na pisemne uzasadnienie wyroku (obecnie koszt takiego dokumentu to 100 zł, co wynika z nowelizacji procedury cywilnej) W ustnych motywach rozstrzygnięcia (czyli krótkim podsumowaniu tego co wpłynęło na treść wyroku), sąd zwrócił uwagę na szczególny okres, w którym odegrał się dramat z udziałem pacjenta. Pacjent uzyskał zadośćuczynienie za stracone święta.

Problemem w przypadku takich procesów sadowych może być określenie wysokości zadośćuczynienia – czy 20 tysięcy złotych to będzie za mało, a 120 tysięcy zł w sam raz? Trudne zagadnienie. Może więcej dowiesz się z wpisu pt. “Jak określić wysokość zadośćuczynienia za błąd medyczny“.