Wojewódzkie komisje ds. zdarzeń medycznych – do likwidacji!

Michał Grabiec        19 września 2019        Komentarze (0)

Postępowanie przed wojewódzkimi komisjami ds. orzekania o zdarzeniach medycznych mamy z grubsza opanowane. Przeprowadziliśmy tych procesów pewnie z kilkadziesiąt, reprezentując zarówno wnioskodawców, jak i podmioty lecznicze. Dzisiaj mogę śmiało powiedzieć – wojewódzkie komisje nie zdały egzaminu.

Przyznam, że gdy komisje ds. zdarzeń medycznych wchodziły do polskiego porządku prawnego, zaliczałem się do ich entuzjastów. W założeniach wyglądało to całkiem fajnie – podmiot działający szybciej niż sąd, mniej sformalizowany, niższe koszty postępowania. Ustawa zakłada przecież, że postępowania mają trwać maksymalnie cztery miesiące, a koszty zamykają się z reguły w około 1 tys. zł.

Sąd, w cztery miesiące jest w stanie wydać co najwyżej nakaz zapłaty i (rzadko) wyznaczyć jeden termin rozprawy. Jednak  rzeczywistość brutalnie zderzyła się z założeniami.

wojewódzkie komisjePrzede wszystkim czas postępowania. Dotychczas jeden raz miałem do czynienia z przypadkiem, że komisja w ustawowe cztery miesiące wydała orzeczenie o zdarzeniu medycznym lub o braku zdarzenia medycznego. Akurat wtedy reprezentowałem jeden ze szpitali i wnioskodawczyni twierdziła, że usuwając niegroźną zmianę w piersi, chirurg usunął zbyt wiele tkanki, przez co piersi pacjentki stały się zgoła nieproporcjonalne. Nie miałem wcześniej ani później wglądu w piersi tej pani, jednak przesłuchiwany w sprawie chirurg całkiem rozsądnie wytłumaczył dlaczego tak się mogło stać. I było po sprawie. Wnioskodawczyni nie składała wniosku o ponowne rozpatrzenie sprawy.

W pozostałych przypadkach, czas postępowania wielokrotnie się wydłuża – niekiedy faktycznie szybciej kończą się postępowania sądowe niż postępowania przed komisjami. Czyli jedno z założeń się zupełnie nie spełniło.

Jednak najwięcej zastrzeżeń można mieć (niestety) do merytorycznej pracy tych podmiotów. Ostatnio do jednej z komisji wpłynęła opinia wojewódzkiego konsultanta specjalizującego się w zakażeniach szpitalnych. Czas oczekiwania na opinię wyniósł 1 rok i 8 miesięcy.

Opinia składała się z kilkunastu zdań, w którym opiniujący pomylił nazwę szpitala, źle odczytał daty rozpoczęcia antybiotykoterapii i pominął chronologię zdarzeń na oddziale. Konsultant ewidentnie nie był tego dnia w dobrej formie. Komisji to jednak nie przeszkadzało i wydała orzeczenie, stwierdzając, że opinia JEST i na jej podstawie wydane zostanie orzeczenie.

Wszystko fajnie, tylko komisja nie ma możliwości wydania orzeczenia, w którym “nakazuje aby zapłacił pozwanemu na rzecz powoda kwotę X”, po czym można z takim wyrokiem udać się do komornika.

NIE.

Komisja wydaje tylko i wyłącznie orzeczenie o zdarzeniu medycznym (lub jego braku) i to strony powinny się porozumieć do co wysokości ewentualnego zadośćuczynienia. Trudno jednak dogadać się w sytuacji, gdy orzeczenie jest po prostu kiepskie i nikogo nie przekonuje.

Nawet jeżeli podmiot leczniczy (szpital) zostanie uznany odpowiedzialnym za zdarzenie medyczne, to słabo uzasadnione i nieweryfikowalne orzeczenie nie sprawi, że kierownictwo szpitala uzna, że warto się z pacjentem dogadać. Zresztą brak swego rodzaju szacunku do tych podmiotów doznałem sam, gdy jedna dyrektor szpitala wręczyła mi wniosek o ustalenie zdarzenia medycznego ze słowami: “Panie mecenasie, coś takiego ze 2 miesiące temu do nas wpłynęło” (termin na ustosunkowanie się do wniosku o ustalenie zdarzenia medycznego wynosi 30 dni).  Jednak gdy wpływa pismo z sądu, NFZ-u to reakcja jest zdecydowanie inna.

Pacjent  po 2 letnim, i byle jak przeprowadzonym postępowaniu nadal nie będzie wiedział czy był dobrze leczony. Orzeczenie komisji nie wpłynie na jego decyzję czy skierować pozew o odszkodowanie/zadośćuczynienie do sądu.

I jedno z głównych założeń utworzenia komisji, po prostu się nie spełniło. Założeniem tym było odciążenie sądów i rozstrzyganie sporów medycznych na drodze polubownej. W tym wymiarze także osiągnięto popisową klęskę.

Antymedyczna propaganda anty-LGBT

Michał Grabiec        04 września 2019        8 komentarzy

Pracowałem wczoraj w kancelarii i redagowałem pismo procesowe w sprawie mojego klienta, osoby transseksualnej. Tym razem to nie rodzice postanowili strzec “tradycyjnego ładu społecznego” i bronić swojego dziecka przed zgubnym wpływem ideologii gender (czy potworem LGBT), lecz biegły, który bardzo chcę znaleźć w tym przypadku jakąś chorobą psychiczną, na przykład zespół Aspergera.

Procesach osób transseksualnych, jest czasem tak, że dorosła osoba, dawno zdiagnozowana przez lekarzy i świadoma swojej decyzji jest uznawana przez swoich rodziców (czy na przykład biegłego) za niezrównoważoną, niedojrzałą i autodestrukcyjną. Taką, za którą trzeba się mimo wszystko wstawić i utrudnić jej ułożenie sobie życia osobistego.

Mam klientkę, która jest osobą trans i przy okazji świetnym lekarzem stomatologiem. Jej klienci wiedzą o tym, że ich dentystka jest osobą transseksualną, rzadko zdarzają się z tego powodu przykre sytuacje w życiu zawodowym. Osobami, które postanowiły “wziąć sprawy w swoje ręce” są rodzice mojej klientki, którzy w sprawie sądowej o ustalenie płci wypisują, że w ich głowie nie mieści się by ICH SYN był osobą transseksualną, a cała “maskarada” jest wynikiem JEGO problemów psychicznych.

Rodzice nie zważają na to, że mają do czynienia z osobą blisko 40-letnią, która świetnie sobie radzi i wreszcie postanowiła uporządkować swoje życie osobiste. Niestety, pomimo zapewne dobrych intencji, ogromnie krzywdzą swoje dziecko.

Takich sytuacji jest niestety więcej. Ale wracając do początku tematu:

Podczas pisania tekstu dla sądu, usłyszałem jakieś głośne hasła wykrzykiwane przez megafon. Pomyślałem sobie, że prawdopodobnie korowód pogrzebowy – niedaleko kancelarii mamy przecież cmentarz. Jednak nie.

Obok biura przejechał  oblepiony obscenicznymi zdjęciami samochód półciężarowy z napisami w stylu: “LGBT chce seksualizować twoje dziecko i uczyć je masturbacji od poczęcia aż do naturalnej kary śmierci” (czyli coś w stylu “Chory na ebolę zgwałcił księdza w czołgu”). Tego rodzaju objawienie ujrzały moje oczy, a uszy zwiędły z tego powodu, że uszy usłyszały coś o pedofilii, gejach i Kościele.

Zdałem sobie po raz kolejny sprawę, jaką bezmyślną ideologią owładnięte są umysły ludzi, którzy tracą życiową energię na tego rodzaju aktywność. Samo zaangażowanie publiczne nie jest złe,  Polacy są politycznie i społecznie całkiem bierni, nad czym należy ubolewać.

Jednak głupota powinna być czymś wstydliwym, być może nawet…grzechem, o czym pisał chociażby Święty Tomasz z Akwinu. A ślepe i bezrefleksyjne szczucie na jedną grupę społeczną jest głupotą absolutną. Czymś na kształt moralnego szabrownictwa, z którego niektórzy korzystają, a cała reszta daje się po prostu wykorzystywać.

Dlaczego o tym piszę?

Rozszyfrujmy skrót LGBT – “Lesbian, Gay, Bisexual, Transgender(jeden  radnych lansujących uchwałę anty-LGBT rozwinął skrót w sposób następujący:Lejsbijski…Lesbijki Geje tam…Bio tam…Cośtam“).

Transgedender, czyli m.in. osoby transpłciowe. Zaburzenia identyfikacji płciowej są (według Międzynarodowej Klasyfikacji Chorób i Zaburzeń Zdrowotnych ICD -10, niebawem ICD-11) stanem psychicznym wymagającym specjalistycznej pomocy medycznej. Transseksualizm nie jest uznawany za chorobę, jednak podobnie jak choroby, na które cierpią “zwyczajni” ludzie (choroba wieńcowa, schizofrenia, zapalenie ucha czy nowotwory) wymaga odpowiedniego leczenia.

Zgodnie z aktualną wiedzą medyczną polega ono na zmianę fenotypowych cech płciowych, teście realnego życia czy zabiegu chirurgicznym zmierzającym do wytworzenia nowych narządów płciowych.

LGBTCzęść osób decyduje się także na dodatkowe zabiegi z zakresu medycyny estetycznej takie jak plastyka twarzy, usunięcie piersi itp (D. Hędzelek, Postępowanie psychologiczne i medyczne w procesie korekty płci u osób transseksualnych, w: Psychologia w naukach medycznych, M. Cybulski, W. Strzelecki (red. red.), Poznań 2010, s. 125-127).

Egzorcyzmy, terapia wodą święconą czy pielgrzymka do Lichenia nie są zalecane przez polskie, ani międzynarodowe towarzystwa seksuologiczne. Z kolei bezproduktywne rozjeżdżanie miejskiego asfaltu przez anty-LGBT-owskie samochody jest po prostu szkodliwe. Wyklucza ludzi, którzy już wystarczająco czują się zepchnięci poza nawias polskiego społeczeństwa. Nie trzeba ich już wyrzucać  za burtę  okrętu zwanego “Polska”, gdyż już jedną nogą są na pełnym, obcym i nieprzyjaznym morzu.

To jest po prostu niehumanitarne.

Błąd przy rozpoznaniu raka płuc – ugoda pozasądowa

Michał Grabiec        29 sierpnia 2019        Komentarze (0)

Ogromnie przykra sprawa, mimo, że jej efektem jest zawarta ugoda pozasądowa. Do naszej kancelarii kilka miesięcy trafił Pan Wojciech ze swoją sprawą medyczną. Pan Wojciech w lipcu 2016 roku trafił do szpitala, gdzie wykonano  szereg badań diagnostycznych, w tym zdjęcia TK, RTG klatki piersiowej, zdjęcie RTG kręgosłupa szyjnego, elektrokardiografię oraz USG brzucha i przestrzeni zaotrzewnowej. Wizyta miała charakter planowy, nie wiązała się z żadnym nagłym pogorszeniem stanu zdrowia.

Na jednym ze zdjęć wykryto niewielką zmianę (8mm x 3 mm) która została opisana jako “łagodna”. Panu Wojciechowi zalecono rzucenie palenia i schudnięcie.

Prawdopodobnie wiesz już jak sprawa wyglądała dalej:

Po około roku Pan Wojciech ponownie trafił do tego samego szpitala, już z objawami krwioplucia, dusznościami. Ponownie zostało wykonane badanie TK, w którym diagności stwierdzili, że zmiana (oznaczona poprzednio jako “łagodna”) rozrosła się kilkudziesięciokrotnie. Konieczne stało się dalsza diagnostyka, już w szpitalu lepiej przystosowanym do leczenia schorzeń płuc.

Wykonano dalsze badania oraz, co najważniejsze – pobrano wycinek tkanki płucnej w celu przeprowadzenia badania patomorfologicznego. Pan Wojciech usłyszał najgorszą z możliwych odpowiedzi –  naciekający na sąsiednie tkanki złośliwy rak drobnokomórkowego płuca lewego. Diagnoza brzmiała niestety jak wyrok śmierci.

Co na to medycyna?

Raka drobnokomórkowego uważa się za jedną z najbardziej agresywnych postaci nowotworów płuc. W porównaniu do (na przykład) raka niedrobnokomórkowego, szanse wyleczenia i rokowania są znacznie gorsze. Jednak wczesne rozpoznanie pozwala na wdrożenie odpowiedniego leczenia i uzyskanie 5-letniego przeżycia (według różnych poglądów wyrażonych w literaturze medycznej – ok. 40-60 %)  lub w niektórych przypadkach nawet całkowite wyleczenie.

ugoda pozasądowaWażne jest wykonanie operacji chirurgicznej i usunięcie zmiany nowotworowej oraz przeprowadzenie leczenia chemioterapeutycznego czy radiologicznego.

Nie chcę wchodzić w szczegóły, bo nie jestem lekarzem. Nie są to jednak informacje uzyskane od doktora Google. Spędziłem nad tą sprawą kilka dłuższych chwil w bibliotece Śląskiego Uniwersytetu Medycznego, jednak wiem że do tak nabytej wiedzy trzeba podchodzić z pewną pokorą.

Co na to szpital i jego ubezpieczyciel?

Szpital zachował się inaczej niż zwykle to wygląda, gdyż podjął rozmowy w sprawie zawarcia ugody. Jako pełnomocnicy pacjenta zostaliśmy zaproszeni do szpitala na negocjacje ugodowe, które odbywały się w kilku turach.

W rozmowach uczestniczyli radcowie prawni i lekarz z ramienia ubezpieczyciela, dyrektor szpitala, lekarze oraz dział prawny tej placówki. Kwestią dyskusyjną była wysokość zadośćuczynienia za doznaną krzywdę jaką pacjent uzyska od ubezpieczyciela szpitala.

Ostatecznie doszło do porozumienia, została zawarta ugoda pozasądowa. Uzyskaną sumę uważam za całkiem rozsądną, Pan Wojciech również.

Niestety, kilka dni po otrzymaniu pieniędzy, Pan Wojciech zmarł. Uzyskaną kwotą nie zdążył się nacieszyć, zresztą w sprawach medycznych, uzyskane odszkodowanie i zadośćuczynienie nie cieszą praktycznie nigdy. Co najwyżej dają pewną ulgę, że dokonała się pewna s p r a w i e d l i w o ś ć .

Ubezpieczyciel już nieformalnie powiadomił, że z najbliższą rodziną Pana Wojciecha ugody zawierać. Szykuje się teraz proces o zadośćuczynienie i odszkodowanie za śmierć osoby bliskiej.

Wrongful life – roszczenie dziecka o “złe urodzenie”

Michał Grabiec        10 sierpnia 2019        Komentarze (0)

Czy można pozwać szpital za to, że się urodziłem/am? Brzmi absurdalnie, prawda? Ale nie do końca. Roszczenie wrongful life (tzw. “złe urodzenie”) nie jest niczym nowym w orzecznictwie sądów na świecie.

Chodzi o sytuacje, w której dziecko dochodzi odszkodowania lub zadośćuczynienia od lekarza, który nie zdiagnozował wady wrodzonej płodu, wobec czego nie było możliwe legalne przerwanie ciąży. W Polsce istnieją przesłanki do zgodnego z prawem przerwania ciąży, o czym wyraźnie mówi ustawa o planowaniu rodziny, ochronie płodu ludzkiego i warunkach dopuszczalności przerywania ciąży. Wspominałem o tym pisząc kiedyś post o roszczeniach wrongful birth, więc zapraszam do lektury i odświeżenia tematu.

Wyobraźmy sobie taką sytuację:

Ciężarna kobieta trafia do państwowej przychodni w celu wykonania standardowego badania USG w pierwszym trymestrze ciąży. Z jakiejś przyczyny, przeprowadzający badanie lekarza nie dostrzega, że płód dotknięty jest ciężką wadą (na przykład zespół Pataua czy zespół Grigga), której wystąpienie uzasadnia legalną aborcję.

wrongful lifeDziecko rodzi się z taką wadą.  Nie może się rozwijać, korzystać praktycznie z żadnych życiowych przyjemności. Nie ma niestety szans na zwyczajne życie (przykład zespołu Pataua nie jest najlepszy, gdyż przeżywalność do wieku młodzieńczego jest bardzo niewielka w takich przypadkach).

Po jakimś czasie decyduje się na wystąpienie na drogę sądową z roszczeniem sądowym przeciwko szpitalowi, którego częścią była przychodnia ginekologiczna, w której wykonano badanie USG.

Podstawą żądania zadośćuczynienia czy odszkodowania jest jest fakt, że życie, które doświadcza pełne jest cierpienia, niedogodności. Innymi słowy, powód uważa, że lepiej by było gdyby się wcale nie narodził. I co w takiej sytuacji ma zrobić sąd?

Roszczenia wrongful life nie są niczym nowym. Jednak zdecydowana większość państw zdecydowanie odrzuca ich dopuszczalność. Tak jest między innymi w Anglii, Niemczech, Austrii czy we Włoszech. Podobne poglądy dominują także w Stanach Zjednoczonych.

Inaczej było we Francji.

Tamtejszy Sąd Kasacyjny w kilku wyrokach potwierdził dopuszczalność roszczeń z tytułu wrongful life. Najbardziej kontrowersyjną była sprawa nastoletniego Nicolasa Perruche, który urodził się z zespołem różyczki wrodzonej, niewykrytym w trakcie badań prenatalnych. Po kilkuinstancyjnej batalii sądowej, sąd przyznał odszkodowanie zarówno dla rodziców (wrongful birth), jak i Nicolasa (wrongful life). Sąd stwierdził zatem, że urodzenie Nicolasa było swego rodzaju szkodą.

Po wypracowaniu takiej linii orzeczniczej, we Francji wzmogło się wielkie oburzenie. Dochodziło do manifestacji (jak to zwykle w tym kraju), a cała masa uczonych lekarzy i prawników wypowiedziała się krytycznie o wyroku. Ostatecznie, na fali nastrojów społecznych uchwalona została ustawa ograniczająca możliwość dochodzenia roszczeń wrongful life. Konieczne jednak było precyzyjne określenie tego w ustawie. Przyznasz, że historia niebanalna.

A w Polsce?

Jest jeden wyrok Sądu Najwyższego. Sąd w uzasadnieniu stwierdził, że:

“Wykluczając prawo dziecka do dochodzenia takich roszczeń, podkreśla się w literaturze i orzecznictwie w szczególności to, że żadne prawa samego dziecka nie zostają naruszone wskazanymi wyżej zawinionymi działaniami lekarzy, bowiem nie istnieje prawo dziecka do nieurodzenia się w razie występowania wad płodu i sam fakt urodzenia się dziecka nie może być uznany za jego szkodę.”

Sprawa dotyczyła czegoś innego, bo odszkodowania i zadośćuczynienia dla rodziców za szkody związane z naruszeniem dóbr osobistych matki w postaci prawa jako pacjentki do rzetelnej informacji o stanie zdrowia oraz skorzystania z uprawnień do przerwania ciąży (matka nie została skierowana do poradni genetycznej). Sąd oddalił roszczenie ojca dziecka, natomiast przyznał matce kwotę 60.000,00 zł tytułem zadośćuczynienia za doznaną krzywdę.

Sądy orzekające w tej sprawie, stwierdziły, że powódkę pozbawiono przysługującego jej prawa do rzetelnej informacji o stanie zdrowia i zagrożeniach ciąży, prawa do skierowania na genetyczne badania prenatalne, a w konsekwencji zagwarantowanego w art. 4a pk2 ustawy o planowaniu rodziny, ochronie płodu ludzkiego i warunkach dopuszczalności przerywania ciąży.

A Ty co uważasz o roszczeniach wrongful life i wrongful birth?

Bezprawna operacja (?) Frau Hammersmark!

Michał Grabiec        07 sierpnia 2019        Komentarze (0)

Podczas gdy bezwstydni naziści panoszą się po Europie, utworzona zostaje grupa żydowskich bojowników – mścicieli. Ich specjalizacją jest eliminacja hitlerowskich dygnitarzy i  żołnierzy niemieckiej armii. Jak zapewne już wiesz, chodzi o “Bękarty Wojny” Quentina Tarantiono. Fabuła filmu brzmi może dziwnie, ale podobna grupa faktycznie istniała. Pod koniec wojny prowadziła dywersję w austriackich Alpach i nawet wzięła do niewoli poważne siły niemieckie.

W dziele Tarantino, bękarty postanawiają zakończyć II Wojnę Światową w dość banalny sposób – zabijając Hitlera, Bormanna, Goebbelsa i pozostałych nazistowskich bonzów. Dzieło zniszczenia ma się dokonać w okupowanej Francji, gdzie szefostwo III Rzeszy zjeżdża na premierę nowego filmu propagandowego. Plan jest prosty. Zebrać wszystkich nazistów w jednym miejscu i zabić ich w trakcie filmowego seansu.

bezprawna operacjaPewnie nikt z was tego nie próbował, ale zabić Hitlera wcale nie jest tak łatwo. I nie chodzi o rozterki moralne, ale całą gwardię SS-manów strzegących dostępu do umiłowanego Führera.

W akcji pomaga zakamuflowana niemiecka aktorka Bridget von Hammersmark, w rzeczywistości agentka brytyjskiego wywiadu. Spotyka się z bękartami w pełnej niemieckich żołnierzy karczmie, gdzie jeden z żołnierzy Wehrmachtu świętuje narodziny syna. Jak to bywa na spotkaniach z nazistami, rozpoczyna się krwawa walka. Giną synowie III Rzeszy oraz trzech bękarów, w tym lekko psychopatyczny Hugon Stiglitz. Madame Hammersmark zostaje ranna w lewą nogę i ledwie uchodzi z życiem.

Tym samym Frau Hammersmark zostaje PACJENTKĄ. Trafia na stół operacyjny w przychodni weterynaryjnej, gdzie lekarz wyjmuje jej kulę z nogi. I tutaj zaczyna się prawnomedyczna katastrofa.

  • Weterynarz-operator!

Zgodnie z ustawą o zawodzie lekarza weterynarii (i izbach lekarsko-weterynaryjnych):

“Wykonywanie zawodu lekarza weterynarii polega na ochronie zdrowia zwierząt oraz weterynaryjnej ochronie zdrowia publicznego i środowiska, a w szczególności (…)leczeniu zwierząt oraz wykonywaniu zabiegów chirurgicznych“.

W ustawie nie ma ani jednego zdania o uprawnieniach weterynarzy do wykonywania operacji chirurgicznych u aktorek, nawet tych niemieckich. Pan doktor wyszedł zatem nieco ponad swoje uprawnienia zawodowe.

Jeżeli byłby zrzeszony w polskim samorządzie weterynaryjnym, groziłaby mu kara ze strony właściwego okręgowego sądu lekarsko-weterynaryjnego, w tym kara wydalenia z zawodu. Pewnie do tego by nie doszło, jednak z ciekawości taki proces poprowadziłbym nawet za darmo.

Dochodzi do tego ryzyko przeprowadzenia przez organy ścigania, postępowania o przestępstwo lub wykroczenie, gdyż udzielanie świadczeń zdrowotnych polegających na rozpoznawaniu chorób oraz ich leczeniu bez uprawnień stanowi wykroczenie zagrożone karą grzywny. Jeżeli Pan doktor wykonałby operację usunięcia kuli z kończyny Pani Hammersmark w celu osiągnięcia korzyści majątkowej albo wprowadził ją w błąd co do posiadania takiego uprawnienia, wówczas w grę wchodziłoby popełnienie przestępstwa i ryzyko odsiadki do jednego roku.

Tego, jak francuski dr Dolittle przekonał Panią Hammersmark do ryzykownej operacji i czy wziął za to pieniądze, nie wiemy. Można jednak śmiało postawić tezę, że była to bezprawna operacja.

  • Wymogi sanitarne!

Udzielanie świadczeń medycznych powinno odbywać się w cywilizowanych warunkach. Jako, że pojęcie “cywilizowany” może być różnie traktowane, mamy w polskim porządku prawnym rozporządzenie regulujące szczegółowe wymagania “jakim powinny odpowiadać pomieszczenia i urządzenia podmiotu wykonującego działalność leczniczą” (pisałem dla jednego wydawnictwa kiedyś opracowanie tego jakże ciekawego tematu, więc tutaj czuje się całkiem mocny:)).

We francuskiej leczniczy dla zwierząt, w której przystąpiono do operacji frau Hammersmark prawdopodobnie nie spełniono tych wymagań. W żadnej ze scen nie widać by sala operacyjna została wyposażona w takie osiągnięcia cywilizacyjne jak śluza szatniowa, szatnia brudna czy magazyn czystej bielizny. Nic nie wiemy też o drodze jaką przebyły narzędzia z centralnej sterylizatorni na salę operacyjną. Na kilku kadrach filmu widać natomiast klatki ze zwierzętami. Do tego w sali operacyjnej przebywa kilku niezbyt sterylnych bojowników z bronią palną.

Inspektor sanitarny dostałby w takiej sytuacji rozległego zawału mięśnia sercowego, czemu nie należy się specjalnie dziwić. Należy jednak pochwalić kierownictwo francuskiej lecznicy, że podłoga pomieszczenia została wykonana “z materiału umożliwiającego jej mycie i dezynfekcję.” (płytki ceramiczne bez widocznych ubytków powierzchniowych).

  • Co tam robi Aldo Raine?

Pacjent ma prawo do poszanowania godności i intymności. Zgodnie z polską ustawą o prawach pacjenta, przy udzielaniu świadczeń opieki zdrowotnej może być obecna osoba bliska, chyba, że wystąpi ryzyko zagrożenia epidemiologicznego lub bezpieczeństwa zdrowotnego pacjentów. Jak sądzę, starozakonny superkomandos nie był osobą bliską dla Pani Hammersmark. Podobnie jak cała zgraja jego pobudzonych koleżków. Prawdopodobieństwo tego przypuszczenia zwiększa się w dalszych scenach, gdy porucznik Raine znęca się na aktorką wtykając jej palec w ranę postrzałową.

Można postawić zarzut lekarzowi-weterynarzowi, że pozwolił na obecność bojowników w trakcie operacji i tym samym naruszenie prywatności pacjentki. Jednak uważna analiza przepisów pozwala na postawienie wniosku, że lekarz weterynarz nie zawinił w tej sytuacji.

Po pierwsze, lekarz weterynarz nie może naruszyć przepisów ustawy o prawach pacjenta, gdyż jego pacjentami mogą być wyłącznie zwierzęta. Nie jest więc adresatem nakazów i zakazów wynikających z “ludzkiej” ustawy. Niestety do dnia dzisiejszego nie doczekaliśmy się ustawy regulującej praw zwierząt w toku leczenia weterynaryjnego. Tym samym jednak, prawo do poszanowania godności i intymności Pani Hammersmark nie ucierpiało w tym przypadku z winy lekarza.

Nawet jeżeli przyjąć, że weterynarz byłby zobowiązany do poszanowania godności i intymności niemieckiej aktorki, trudno przypisać mu winę w naruszeniu praw pacjenta. Przepis wyraźnie mówi bowiem “W razie zawinionego naruszenia praw pacjenta(…)“.

Przypatrzmy się tej sytuacji: trójka wkurzonych i uzbrojonych komandosów przeciwko weterynarzowi uzbrojonemu w skalpel i strzykawkę do wykonania znieczulenia. Doprawdy ciężko oczekiwać od doktora by popisywał się heroizmem i bronił praw pacjentki, a nie własnego bezpieczeństwa. Niełatwo byłoby zatem przypisać doktorowi winę za potencjalne (i doprawdy wątpliwe) naruszenie praw Pani Hammersmark. Zwłaszcza, że pewnie nie był świadomy subtelności drzemiących w chaotycznych przepisach ustawy o prawach pacjenta i Rzeczniku Praw Pacjenta.

Podobnie z wyartykułowanym w ustawie prawem do leczenia bólu (“Pacjent ma prawo do leczenia bólu“). Ból egzystencjalny doktora związany z obecnością kilku zdenerwowanych mięśniaków w jego leczniczy na pewno był przesłanką, która pozwalała na zlekceważenie dolegliwości jego “pacjentki“. Z tej przyczyny mógł zupełnie legalnie przypatrywać się torturom zadawanym przez herszta bandy komandosów.

Jaka konkluzja?

Bez wątpienia operacja dokonana na Pani Hammersmark była zabiegiem bezprawnym. Wygląda też na to, że całkiem skandalicznie odniesiono się do wymagań sanitarnych bloku operacyjnego. Dyskusyjne wydaje się w tym przypadku naruszenie praw pacjentki.

Jednak ewidentnie coś tu nie gra.