Referencyjność definiuje poziom szpitala. Pacjent wiedząc, że dany oddział szpitala jest referencyjny, oczekuje wyższego poziomu bezpieczeństwa i szans na powodzenie leczenia. I w zasadzie słusznie.

W  przepisach poziom referencyjny określono jako:

„potencjał wykonawczy oddziału szpitalnego świadczeniodawcy, uwzględniający w szczególności liczbę i kwalifikacje personelu medycznego, wyposażenie w sprzęt i aparaturę medyczną oraz możliwości diagnostyczno-terapeutyczne w określonej dziedzinie medycyny, zapewniające łącznie jakość i bezpieczeństwo udzielanych świadczeń gwarantowanych”

Przepisy szczegółowo określają jakie kryteria musi spełniać (na przykład) oddział ginekologiczno-położniczy szpitala żeby móc być uznanym za oddział referencyjny w drugim poziomie. Chodzi przede wszystkim o liczbę lekarzy i pielęgniarek na oddziale czy zaopatrzenie oddziału w zestaw do odbarczania odmy opłucnowej czy respirator przypadający na każde stanowisko intensywnej terapii noworodka.

Opisany w poprzednim zdaniu przypadek dotyczy akurat drugiego poziomu referencyjnego oddziału neonatologii. Znaczy to, że noworodki urodzone na tym oddziale powinny mieć – ze względu na swój stan zdrowia – zapewniony wyższy poziom bezpieczeństwa. Jeżeli istnieje ryzyko, że dziecko urodzi się z poważną wadą układu oddechowego (ryzyko znacznie wzrasta u wcześniaków), wówczas wskazane jest aby opiekę nad takim dzieckiem sprawował szpital bardziej referencyjny.

Podobnie wygląda sytuacja w przypadku tzw. wrodzonej przepukliny przeponowej. Jest to bardzo niebezpieczna choroba pojawiająca się niekiedy u noworodków. W literaturze medycznej wskazuje się, że sam poród i późniejsza opieka nad dzieckiem i matką powinny odbywać się w ośrodku referencyjnym.

Dlaczego? Oddziały referencyjne posiadają na przykład specjalistyczną aparaturę ECMO (ExtraCorporeal Membrane Oxygenation) umożliwiającą czasowe zastąpienie pracy płuc lub serca dziecka.

Znaczy to, że w razie potrzeby, układ krwionośny noworodka może błyskawicznie zostać zastąpiony przez technikę pozaustrojową (zewnętrzną) zastępującą pracę niewydolnego chwilowo serca. Podobnie, w razie problemów z układem oddechowym, aparatura zastępuje pracę płuc dziecka.

W takiej chwili kluczowe znaczenie odgrywa czas. Często niewystarczające dla uratowania życia jest natychmiastowe przewiezienie dziecka do szpitala zapewniającego wyższy poziom referencyjności.

Te kilkanaście chwil zwłoki może powodować dramatyczne konsekwencje. W prowadzonych przeze mnie procesie o zadośćuczynienie dla rodziców za krzywdę doznaną na skutek śmierci noworodka, dziecko zostało w ciężkim stanie przetransportowane ze szpitala powiatowego do szpitala o wyższym poziomie referencyjności. Jest to zarazem szpital uniwersytecki. Niestety w tym przypadku pomoc była niezbędna na miejscu, zaraz po urodzeniu. W konsekwencji dziecko niestety zmarło.

Czy poziom referencyjności może odgrywać znaczenie w procesie cywilnym o odszkodowanie i zadośćuczynienie? Otóż tak. Wróćmy do przykładu wrodzonej przepukliny przeponowej. Napisałem, że jej wystąpienie praktycznie zawsze powoduje zagrożenie życia dziecka.

Jest to jednak choroba, którą można zdiagnozować na etapie prenatalnym przy pomocy chociażby badania USG. Dla rodziców jest to jednoznaczny sygnał, że poród powinien zostać zaplanowany i przeprowadzony w ośrodku bardziej referencyjnym.

Natomiast nierozpoznanie choroby na etapie życia płodowego może spowodować, że dziecko urodzi się w szpitalu, w którym nie będzie możliwe natychmiastowe udzielenie mu pomocy (gdyż szpital może nie dysponować np. ECMO).

W prowadzonym przeze mnie procesie, diagnostyka przed porodem odbywała się w tym samym szpitalu, w którym doszło do porodu. Zarzucamy szpitalowi błąd diagnostyczny, gdyż rozpoznanie przepukliny mogłoby pomóc dziecku w najtrudniejszych dla niego chwilach.

W uzasadnieniach wyroków sądowych można często znaleźć opinie krytyczne w stosunku do szpitali, które podejmowały się leczenia mimo, że nie były w stanie zapewnić odpowiedniego poziomu. Może to mieć kolosalne znaczenie pod kątem odpowiedzialności szpitala za błąd medyczny.

Zdarza się też, że specjalistyczny sprzęt medyczny ulegnie awarii i chwilowo nie jest możliwe użycie go w celach leczniczych. W takim przypadku możemy niekiedy (nie zawsze) mówić o błędzie organizacyjnym, polegającym chociażby na braku wymaganych atestów czy przeglądów technicznych (tak, zdarzają się takie przypadki).

To jak długo sprzęt był niesprawny możemy sprawdzić na przykład w NFZ, gdyż szpitale są zobowiązane do zgłaszania okoliczności utrudniających wykonanie umowy z Narodowym Funduszem Zdrowia. Wynika to z rozporządzenia w sprawie ogólnych warunków umów o udzielanie świadczeń opieki zdrowotnej.

Jak widzisz materia jest niezwykle skomplikowana, a to dopiero wierzchołek góry lodowej. Zresztą krętych ścieżek na drodze do uzyskania odszkodowania czy zadośćuczynienia nie brakuje. Nie jest łatwo udowodnić szpitalowi błąd medyczny. Zresztą do prostych zadań nie należy też reprezentowanie szpitala (problemy są innej natury, ale pozwolisz, że zachowam je dla siebie).

Generalnie jako pełnomocnik stron w procesach o błąd lekarski mogę śmiało stwierdzić, że są one trudne. Lepiej nie próbować prowadzić ich samemu.

 

 

Prowadzę ten proces od 3 lat. Przesłuchiwałem lekarzy zgłoszonych przez pozwane szpitale. Przesłuchiwałem swoich świadków. To jednak nie wystarczy. Postępowanie dowodowe nie zostało jeszcze zakończone. Nikt jeszcze nie padł na matę.

Niegdyś w nauce prawa karnego zwykło mówić się, że królową wszelkich dowodów jest przyznanie się oskarżonego. W procesach medycznych królową dowodów jest opinia biegłego. Zarówno jeśli chodzi o procesy karne jak i cywilne. Przeważnie prowadzę te drugie.

W informatycznym portalu informacyjnym sądów Apelacji Katowickiej dostrzegłem, że  uniwersytet medyczny w końcu złożył w 4 egzemplarzach opinię medyczną w sprawie prawidłowości leczenia młodej dziewczynki. Walczymy o zadośćuczynienie, odszkodowanie i comiesięczną, dożywotnią rentę.

Na opinię czekaliśmy blisko 2 lata. Nie znam jej treści, ale liczę na profesjonalne pismo zawierające logiczne konkluzje. Biegli musieli odnieść się do kilkudziesięciu szczegółowych pytań zadanych przez nas w jednym z pism procesowych. Podobnie rozbudowane pytania złożyły szpitale. Jednym słowem klasyka procesu o błąd w sztuce medycznej.

Pozostaję w stanie OGROMNEJ ciekawości. Nie wiem czy nie zrezygnować z czekania na Pana Przemka (nasz lokalny listonosz) i nie pędzić do sądu przeczytać akta sprawy. Pewnie tak nie zrobię, gdyż cały jutrzejszy dzień już drobiazgowo zaplanowany, ale w tyle głowy pozostanie informacja, że czekam na opinię w tej sprawie.

 

Sąd Apelacyjny wydał kilka miesięcy temu wyrok, w którym rozpatrywał sprawę wniesioną przez pacjentkę zakażoną na szpitalnym oddziale ginekologicznym bakterią gronkowca złocistego. Od razu podkreślę, że nie była to sprawa prowadzona przeze mnie. Jednak wzbudziła moje zainteresowanie ze względu na kilka elementów powtarzających się w wielu prowadzonych przez nas procesach.

Tymi elementami są: kluczowa rola biegłych w procesie, wpływ innych schorzeń pacjenta na wysokość należnego zadośćuczynienia oraz wpływ szczególnego statusu szpitala – sprawcy szkody na poziom jego winy.

Pacjentka została poddana operacji na usunięcia macicy i przydatek. Kilka dni po operacji wystąpiła wysoka gorączka oraz ropny wyciek z rany pooperacyjnej. Po ujawnieniu zakażenia pacjentka była leczona powszechnie stosowanym w takich przypadkach antybiotykiem – wankomycyną.

Po kilku tygodniach antybiotykoterapii, pacjentka została wypisana ze szpitala, pomimo tego, że z rany nadal wydobywała ropa. W trakcie hospitalizacji pacjentka przebywała na kilku oddziałach szpitalnych.

Powódka wiele ze swoich schorzeń wiązała z zakażeniem bakterią gronkowca złocistego. Szpitalowi zarzucono odpowiedzialność odszkodowawczą za m.in. zły stan dróg oddechowych powódki, wystąpienie cukrzycy oraz zaburzeń układu immunologicznego. U pacjentki przez kilkanaście miesięcy utrzymywała się także niegojąca rana, obecnie cierpi także na przepuklinę brzuszną.

Co jest diabelnie ważne w procesach medycznych?  Biegli. Powtarzam to do znudzenia, ale tak właśnie jest.

W tej sprawie również biegli odegrali znaczące role. Sporządzone w sprawie opinie wykluczyły możliwość łączenia niektórych dolegliwości powódki z zakażeniem bakterią gronkowca złocistego. Wykluczono na przykład możliwość połączenia zdiagnozowanej u powódki astmy oskrzelowej z nabytym w szpitalu zakażeniem. Podobnie biegli nie dopatrzyli się związku pomiędzy chorobą stawów pacjentki, zaburzeniami immunologicznymi czy cukrzycą.

Jednak kilku opiniujących było zgodnych co do tego, że obecna u powódki przepuklina ma prawdopodobnie związek z zakażeniem. Ponadto utrzymująca się kilka miesięcy rana pooperacyjna znacząco wpłynęła na komfort życia powódki, która musiała przez ten czas zmienić swoje dotychczasowe przyzwyczajenia, godzić się na odczuwanie bólu, wymianę opatrunków nawet 4 razy dziennie.

Biegli dopatrzyli się także zaniedbań po stronie szpitala w zakresie prowadzonej przed operacją profilaktyki antybiotykowej. Personel szpitala, przed przystąpieniem do zabiegu nie podał pacjentce antybiotyków zalecanych tak w literaturze krajowej  jak i zagranicznej.

Wina szpitala jest tym większa, że placówka ma charakter szpitala klinicznego, od którego można wymagać większego profesjonalizmu niż od niżej wyspecjalizowanych szpitali.

Tyle biegli. W skrócie oczywiście, gdyż tego rodzaju opinie są zwykle bardzo złożone i trudno je należycie skwitować w kilku krótkich zdaniach.

Jaki zapadł wyrok?

Ciekawe stanowisko zajął sąd co do stopnia traumy doznawanej przez zakażoną pacjentkę. Sąd stwierdził, że cierpień tych nie można utożsamiać wyłącznie z zakażeniem bakterią. Powódka przecież cierpi na kilka chorób i faktycznie niesprawiedliwe byłoby powiązanie cierpień powódki tylko z pobytem w szpitalu.

Jednak zakażenie, w sposób niewątpliwy zwiększyło traumę powódki (!) i stanowiło jeden z elementów wpływających na jej krzywdę. Szpital nie może zatem odpowiadać za całokształt negatywnych aspektów zdrowia psychicznego powódki, jednak ma swój udział w pogłębieniu jej cierpień.

To wpłynęło na zasadność zadośćuczynienia dla pacjentki. Sama kwota przyznanego zadośćuczynienia nie jest porażająca (kilkadziesiąt tysięcy złotych), ale wpływ na jej wysokość ma właśnie to, że pacjentka była osobą chorą i nie wszystkie jej dolegliwości można powiązać z zakażeniem.

Oprócz zadośćuczynienia pacjentka otrzymała także odszkodowanie. Postępowanie dowodowe wykazało, że zabieg oczyszczenia rany pooperacyjnej kosztował powódkę kilka tysięcy złotych. Dodatkowo pacjentka wydała znaczną sumę na kroplówki z antybiotykiem oraz na opiekę lekarską i pielęgniarską. Udokumentowane przez pacjentkę koszty weszły w skład zasądzonego odszkodowania.

Pacjentka w sumie uzyskała całkiem pokaźną kwotę, chociaż należy przyznać sąd nie przyznał w ostateczności tyle ile żądała powódka.

Duża doza niepewności co do możliwych do uzyskania kwot także jest elementem charakterystycznym dla procesów medycznych – zwłaszcza jeśli jest to proces o zadośćuczynienie za doznaną krzywdę. Nawet w przypadku stwierdzenia, że szpital faktycznie zaniedbał proces leczenia pacjenta, zawsze pytaniem jest pogląd sądu na wysokość należnego pacjentowi zadośćuczynienia.

Są wprawdzie wskazówki (wpis pt „Jak określić wysokość zadośćuczynienia za błąd medyczny„) pozwalające wstępnie określić wysokość żądanej w procesie kwoty żądanej w procesie, jednak każdorazowo jest to decyzja trudna i złożona – również dla prawnika prowadzącego sprawę o błąd w sztuce.

Rozwód przed rozpoczęciem procesu o ustalenie płci

Michał Grabiec        19 stycznia 2018        Komentarze (0)

Masz za sobą trudną decyzję. Koniec duszenia się we własnym, a jednak obcym i nieprzyjaznym ciele. Przed Tobą trudna droga. Podobnie jak wyruszając na dłuższą wycieczkę tutaj także musisz podjąć pewne przygotowania aby w pewnym momencie nie zdać sobie sprawy, że coś idzie nie tak jak powinno. Aby Twoja „wycieczka” nie zakończyła się dość szybko na stacji o nazwie POWRÓT DO PUNKTU WYJŚCIA.

I jak się zapewne domyślasz, nie piszę w tym miejscu o medycznych elementach złożonego procesu transpozycji.

Faktycznie terapia hormonalna, zabiegi chirurgiczne i psychiczne oswajanie się z nową sytuacją są ważne, a być może najważniejsze.

Jednak jestem prawnikiem, a nie lekarzem czy psychologiem. Jako pełnomocnik osób transseksualnych pomagam  w postępowaniach sądowych o ustalenie płci.  Taki proces powinien zostać dobrze przygotowany.

Jeżeli osoba transseksualna pozostaje w ważnym związku małżeńskim, wówczas istotną kwestią jest wcześniejsze przeprowadzenie rozwodu.

W polskim systemie prawnym nie może bowiem funkcjonować sytuacja, w której małżeństwo łączyłoby osoby tej samej płci. Konstytucja jasno i bezdyskusyjnie określa, że małżeństwo jest związkiem kobiety i mężczyzny. A jeżeli pozostający w związku małżeńskim metrykalny mężczyzna w wyniku procesu o ustalenie płci zostałby uznany kobietą, wówczas z taką sytuacją mielibyśmy do czynienia.

Można się zgadzać lub nie z takim rozwiązaniem kwestii konstytucyjnych, jednak prowadząc proces o ustalenie płci przede wszystkim interesuje mnie skuteczność – uzyskanie pozytywnego wyroku. Brak rozwodu utrudnia lub nawet uniemożliwia pozytywne rozstrzygnięcie sądu o zmianie płci metrykalnej.

Dlaczego?

Spraw o ustalenie płci nie ma na wokandach polskich sądów zbyt wiele. Jednak w tych, w których pozew był składany przez osobę transseksualną pozostającą w ważnym związku małżeńskim, sądy najczęściej oddalały powództwo. A tego nie chcemy.

Trzy tygodnie temu zakończyliśmy prowadzenie procesu o rozwód osoby transseksualnej. Co ciekawe, najczęściej sądy orzekają rozwód z winy osoby transseksualnej.  To lekko kuriozalne, że występowanie transseksualizmu może być traktowane w kategoriach winy, jednak tak wygląda dotychczasowa praktyka sądów.

Nam udało się uzyskać rozwód osoby transseksualnej bez orzekania o winie. Nie jest to precedens, ale na pewno rzadka sytuacja.

Co teraz? Po uprawomocnieniu wyroku rozwodowego złożymy do Sądu Okręgowego w Katowicach pozew o ustalenie. Chcemy pokonać ostatnią przeszkodę na drodze Pani Joanny do stwierdzenia jej faktycznie odczuwanej płci.

Życzcie Pani Joannie powodzenia!

 

Śmierć dziecka z wadą serca – zwycięstwo, ale czy na pewno?

Michał Grabiec        15 stycznia 2018        Komentarze (0)

„Panie Michale, czy jest sens składania wniosku o ponowne rozpatrzenie sprawy? Przecież wiadomo, że lekarze nie będą chcieli negatywnie zaopiniować swoich kolegów po fachu?”

Napisane w tym stylu e-maile otrzymuje dosyć często od klientów. Dotyczą one postępowań przed wojewódzkimi komisjami ds. orzekania o zdarzeniach medycznych, ale także sensu i zasadności składania apelacji od wyroków sądów rejonowych i sądów okręgowych.

Starając się uczciwie podchodzić do swojego zawodu nie obiecuję złotych gór i nie gwarantuję sukcesów. Jednak nie przepadam też za rozwieszaniem białej flagi jeszcze przed rozpoczęciem walki o powodzenie, czy to w postępowaniu przed komisją czy w postępowaniu sądowym.

Otrzymałem wiadomość od klienta, który podziękował za pomoc w uzyskaniu korzystnego orzeczenia. Sprawa wydawałoby się beznadziejna, gdyż z przeciwnej strony renomowana, uniwersytecka placówka, dodatkowo sprawa przegrana w pierwszym postępowaniu przed komisją. Sprawa dotyczyła śmierci kilkumiesięcznej dziewczynki, która zmarła w 2014 roku po wykonaniu diagnostycznego zabiegu cewnikowania serca.

Sprawa niezwykle trudna, gdyż dziecko było obarczone poważną chorobą mięśnia sercowego – kardiomiopatią restrykcyjną – której występowanie zwiększała ryzyko niepowodzenia podjętego leczenia.

Wniosek o ponowne rozpatrzenie sprawy został przygotowany blisko dwa lata temu, sprawa zakończyła się z kilkukrotnym przekroczeniem ustawowego, czteromiesięcznego terminu.

Wnioski orzeczenia komisji są jednoznaczne:

Po wykonaniu cewnikowania serca doszło do niekorzystnej progresji bloku przedsionkowo-komorowego (ze stopnia II do stopnia III). Sporządzający opinię specjalistyczną lekarze nie podzielili argumentów dotyczących tego, że samo wystąpienie bloku mogło być przeciwwskazaniem do zabiegu cewnikowania, jednak przyznali, że szpital powinien inaczej opiekować się pacjentką już po samym, prawidłowo przeprowadzeniu zabiegu.

Kluczowym kwestią postępowania było to, czy zapewniono prawidłowe wyposażenie oddziału w specjalistyczne urządzenia zapewniające bezpieczeństwo zdrowotne pacjenta znajdującego się po zabiegu cewnikowania.

W ocenie komisji w sprawie doszło do błędu (zdarzenia) medycznego polegającego na niezapewnieniu dostępności niezbędnych w tym przypadku stymulatora zewnętrznego i elektrod przezskórnych. Niedostateczne wyposażenie oddziału spowodowało śmierć małej pacjentki.

W pierwszej chwili pomyślisz, że sprawa została wygrana. Też tak pomyślałem. Guzik prawda. Takich spraw się nie wygrywa. A przynajmniej nie ma mowy o radości z korzystnego rozstrzygnięcia.

Pozostaje kwestia zadośćuczynienia za ogromną krzywdę wyrządzoną rodzicom. Jeżeli szpital nie uzna swojej odpowiedzialności i nie zaproponuje rozsądnej kwoty, pozostanie walka przed sądem o zadośćuczynienie za śmierć osoby bliskiej.

I wtedy niepewna, aczkolwiek bardzo prawdopodobna perspektywa „zwycięstwa”. Możliwe. Ale co najwyżej pyrrusowego.