Ugoda z ubezpieczycielem szpitala w sprawie zakażenia gronkowcem złocistym

Michał Grabiec        24 maja 2017        Komentarze (0)

Im większa firma tym gorzej z komunikacją i indywidualnym podejściem. Na pewno każdy kto miał kiedyś kontakt z dużym operatorem telekomunikacyjnym, energetycznym czy ubezpieczalnią wie o co chodzi. Dzisiaj doświadczyłem tej przyjemności wybierając taryfę cenową u dostawcy energii elektrycznej. Monotonna muzyczka, wprowadzenie do menu głównego i instrukcja pouczająca żebyś kliknął 3 na klawiaturze jeżeli chcesz wybrać opcję nr 5. Dramat.

Czasami odnosi się wrażenie, że jest to robione specjalnie aby odstraszyć natarczywego klienta, który jest na tyle nieuprzejmy, że chce coś za pośrednictwem telefonu załatwić.

Mam zresztą podobne odczucia po kontaktach z ubezpieczycielami podmiotów leczniczych. I nie ważne czy jesteś prawnikiem szpitala i chcesz pomóc w obsłudze szkody czy też chcesz żeby ubezpieczyciel zapłacił twojemu klientowi odszkodowanie i zadośćuczynienie.

Pisma od ubezpieczalni wyglądają bliźniaczo podobnie i absolutnie nie są dostosowywane do indywidualnego przypadku. Cóż, uroki dużej korporacji.

Właściwie to nie ma alternatywy, bo i tak nie możesz od razu skierować sprawy do sądu. Najpierw trzeba szkodę zgłosić szpitalowi (lekarzowi), który powinien przekazać Twoje pismo swojemu ubezpieczycielowi. Dopiero po odmowie lub wypłaceniu zbyt niskiego odszkodowania i zadośćuczynienie jest podstawa żeby rozpocząć proces sądowy.

Jednak niekończące się procedury czasami prowadzą do pożądanego efektu i skutkują wydaniem przez ubezpieczyciela decyzji o uznaniu swojej odpowiedzialności. Rzadko, bo rzadko, ale jednak.

W tym tygodniu otrzymaliśmy jednak negatywną odpowiedź ubezpieczyciela, w której podmiot ten odmówił wypłaty zadośćuczynienia dla pacjentki zarażonej w szpitalu bakterią gronkowca złocistego MRSA. Pacjentka została zakażona w trakcie wszczepienia implantów DIEM do kręgosłupa.

Kilka dni po operacji wskaźnik białka CRP oszalał kilkaset razy przekraczając normę, a wymaz z rany jednoznacznie wskazał na obecność bakterii gronkowca.

Ubezpieczyciel napisał o obowiązku wykazania przez pacjentkę winy szpitala itd., zupełnie pomijając to, że w sprawach o zakażenia istnieje domniemanie winy szpitala. Jest to ugruntowane i potwierdzone wieloma wyrokami stanowisko sądów. O tym domniemaniu pisałem  we wpisach:

Wymiar sprawiedliwości znowu będzie miał możliwość potwierdzenia tej reguły. W czerwcu sprawa trafi do sądu okręgowego w procesie o odszkodowanie i zadośćuczynienie.

Co jeśli pacjent umrze przed rozpoczęciem lub w trakcie procesu sądowego?

Michał Grabiec        23 maja 2017        Komentarze (0)

Takie przypadki się zdarzają i to wcale nie rzadko. Nie zawsze musi to być śmierć spowodowana błędnym leczeniem, brakiem prawidłowej diagnostyki czy błędami organizacyjnymi popełnionymi w szpitalu. Bardzo często pacjent umiera z powodu innych współistniejących chorób, a nie na skutek zawinionego zaniedbania osób trzecich.

Sytuacja jest bardzo trudna dla najbliższej rodziny, czego raczej nie potrzeba tłumaczyć.

Sytuacja jest również emocjonalnie obciążająca dla pełnomocnika pacjenta. Kiedyś pacjentka zmarła kilka godzin po udzieleniu mi pełnomocnictwa o czym dowiedziałem się bardzo późnym wieczorem. Obecnie sprawę sądową prowadzę w imieniu spadkobierców zmarłej pani.

Trzeba rozróżnić dwie sytuacje. Inaczej przedstawia się sytuacja prawna spadkobierców w momencie kiedy pacjent wytoczył powództwo (czyli rozpoczął sprawę sądową), a inaczej kiedy do procesu jeszcze nie doszło.

Pierwsza sytuacja:

Jeżeli pacjent zmarł nie zdążywszy rozpocząć procesu, wówczas osoby najbliższe mogą wytoczyć powództwo o zadośćuczynienie za swoją krzywdę doznaną na skutej tej śmierci.  Wtedy osoby najbliższe są zobowiązane wykazać w procesie swoje (!) cierpienia doznane na skutek utraty ukochanej osoby. Nie jest to więc kontynuacja procesu wytoczonego przez pacjenta.

Może też dojść do sytuacji, że ktoś poniósł koszt prywatnego leczenia i pogrzebu pacjenta. Kosztów tych nie musi wcale ponosić osoba najbliższa. Może to być sąsiad, przyjaciel czy daleki krewny. W takiej sytuacji osoba ponosząca te wydatki może domagać się od szpitala zwrotu kwot przeznaczonych na leczenie pacjenta. Oczywiście kwoty te muszą zostać udowodnione poprzez przedstawienie w sądzie odpowiednich dowodów.

W praktyce zdarzają się przypadki, że na skutek śmierci pacjenta pogorszyła się sytuacja życiowa (majątkowa) osób należących do najbliższej rodziny pacjenta. W takim wypadku osobom najbliższym przysługuje odszkodowanie i zadośćuczynienie, o czym pisałem na blogu kilka miesięcy temu. Link do wpisu pt. „Odszkodowanie i zadośćuczynienie za śmierć bliskiej” znajdziesz tutaj.

Druga sytuacja:

Pacjent umarł w toku procesu. Postępowanie sądowe ulega wówczas zawieszeniu. Spadkobiercy zmarłego pacjenta mogą wstąpić do postępowania po wykazaniu, że należą do kręgu jego spadkobierców. Podstawowym dowodem wykazującym bycie spadkobiercą jest przede wszystkim postanowienie o stwierdzeniu nabycia spadku. Za równoważne powinno zostać także uznane oświadczenie o nabyciu spadku złożone przed notariuszem.

Po uzyskaniu dowodu potwierdzającego fakt bycia spadkobiercą sąd powinien wydać postanowienie i podjąć postępowanie z udziałem spadkobierców zmarłego pacjenta. Taka sytuacja miała miejsce  w sprawie, która została kilka dni temu opisana na blogu. Relację znajdziesz po kliknięciu w link pt „Ciało obce w ciele pacjenta i zadośćuczynienie dla jego najbliższej rodziny„.

W tym przypadku żona i córka pacjenta kontynuowały proces po pacjencie, który zmarł w jego trakcie.

Duże, wielkie, gigantyczne odszkodowania za błędy medyczne. Kto da więcej?

Michał Grabiec        17 maja 2017        Komentarze (0)

Jadąc wczoraj na rozprawę w Łodzi zwróciłem uwagę na wielki szyld zwieszający z elewacji budynku, w którym mieści się kancelaria prawnicza. Na zielonym szyldzie dużymi drukowanymi literami napisano „DUŻE ODSZKODOWANIA ZA BŁĘDY LEKARZY”. Pod spodem napisu umieszczono mniejszą czcionką kontakt do kancelarii.

Mniejsza z tym czy zgodne z zasadami etycznymi jest kuszenie poszkodowanych pacjentów obietnicą wysokiego odszkodowania. Chodzi bardziej o model działania przyjęty przez, niestety coraz większą liczbę właścicieli kancelarii. Celowo nie piszę prawników, bo zdarzają się przypadki, że „kancelarie” prowadzą osoby nawet nie posiadające wykształcenia prawniczego, nie mówiąc już o uprawnieniach adwokata czy radcy prawnego.

Na Śląsku głośna była sprawa pewnego Pana, który mając wykształcenie rolnicze odnalazł swoje powołanie w świadczeniu pomocy prawnej. Z przekazów medialnych wynika, że z fatalnym skutkiem dla klientów.

Bardziej chodzi mi o to, że w ofercie coraz większej liczby kancelarii znaleźć można informację o prowadzeniu postępowań z tytułu błędów medycznych. Nic dziwnego mając na uwadze to, że spraw przed sądami, komisjami ds. zdarzeń medycznych jest coraz więcej. Każdy chciałby uszczknąć z tego tortu coś dla siebie.

Ważna jest jednak pewna odpowiedzialność, która wymaga od prawnika powiedzenia klientowi czy ów prawnik rzeczywiście posiada doświadczenie w prowadzeniu postępowań z tytułu błędów medycznych.

Jeszcze będąc kilka lat temu na aplikacji i reprezentując szpital spotkałem się na posiedzeniu wojewódzkiej komisji ds. orzekania o zdarzeniach medycznych z pełnomocnikiem, na  którego stronie internetowej dumnie widniała informacja o tym, że ta osoba jest specjalistą w zakresie prawa medycznego.

Po krótkiej rozmowie zdałem sobie sprawę, że niestety tak nie jest. Zasady postępowania przed komisjami były temu Panu zupełnie nieznane. Zdziwienie wzbudził chociażby fakt, że komisja nie wydaje orzeczenia o nakazaniu zapłaty kwoty wskazanej przez pacjenta. Komisja wydaje przecież wyłącznie orzeczenie o zdarzeniu medycznym (lub jego braku) i od stron postępowania zależy wysokość tego zadośćuczynienia. Od specjalisty  można by wymagać takiej wiedzy.

Nie dotyczy to tylko prawa medycznego. Prawo jest na tyle zróżnicowaną i skomplikowaną dziedziną, że nie ma prawników od wszystkiego. Zawiłe kwestie prawa podatkowego, telekomunikacyjnego, zamówień publicznych czy kontraktowania świadczeń z NFZ wymagają bieżącego „siedzenia” w danym temacie.

Szukając prawnika od danej dziedziny można sięgnąć np. do portalu LexMonitor, gdzie prawnicy piszą o swoich doświadczeniach w danym obszarze praktyki zawodowej.

Kto traci na przypadkowym wyborze prawnika? Stracić może przede wszystkim klient, który nie przefiltruje  czy dana osoba faktycznie prowadzi sprawy danego rodzaju.

Recepta? Z wyborem prawnika jest trochę jak z wyborem samochodu. Nie idziesz przecież do salonu i nie bierzesz pierwszego lepszego modelu. Czytasz, rozmawiasz, analizujesz. Niekiedy droższa opcja jest tak naprawdę tańsza – chociażby jeśli idzie o koszty późniejszej eksploatacji. Warto zatem się zastanowić i nie podejmować decyzji pochopnie. Myślenie ma przyszłość.

 

Ciało obce w ciele pacjenta i zadośćuczynienie dla jego najbliższej rodziny

Michał Grabiec        15 maja 2017        2 komentarze

Powód kilka lat temu trafił na oddział chirurgiczny szpitala ze skomplikowanymi i licznymi objawami świadczącymi o swoim dość dramatycznym stanie swojego zdrowia. Nie ma sensu opisywać szczegółowo stanu klinicznego pacjenta, bo nie jest to istotą tego przypadku.

Pacjent musiał przejść kilka operacji. Pierwszą było wytworzenie kolostomii na esicy. Następnie z uwagi na dolegliwości bólowe i martwicę tkanek pacjentowi usunięto jedno z jąder oraz fragment martwiczo zmienionej skóry.

Nie był to koniec operacji wykonywanych u powoda. Dokonano dwa dodatkowe zabiegi polegające na usunięciu  tkanki martwiczej z okolicy krocza oraz założenia cewnika Foleya do pęcherza moczowego. Rozpoznano wystąpienie zakrzepowego zapalenia żyły lewej. Następnie wykonano zabieg operacyjny: cystomię, szynowanie cewki moczowej (przez ustalenie cewnika Foleya przez cewkę do pęcherza moczowego).

Podsumowując: leczenie pacjenta było ciężkie, obarczone groźnymi powikłaniami i niepewne co do rokowania.

Nie w tym jednak rzecz.

Pacjent kilkukrotnie trafiał do szpitala z występującymi dolegliwościami bólowymi. W końcu powód został poddany operacji ewakuacji ropnia. W trakcie operacji zlokalizowano ciało obce – seton (gazę) chirurgiczny. C ciało obce znajdowało się u powoda poza otrzewną, powyżej pęcherza moczowego. Ropień natomiast znajdował się w dolnej części podbrzusza po prawej stronie.

Pacjent został wypisany ze szpitala w/ W karcie informacyjnej jako rozpoznanie wpisano: ”ropień podbrzusza, przewlekłe zapalenie kości kręgosłupa lędźwiowego, przewlekły zespół bólowy lędźwiowo krzyżowy, ciało obce pozostawione przypadkowo w jamie ciała lub ranie operacyjnej po zabiegu.”

Pozostawienie ciała obcego w obrębie rany lub w obrębie jamy ciała skutkowało wystąpieniem odczynu zapalnego wokół ciała obcego, który powodował stany gorączkowe, tworzenie się ropni i ropnych przetok oraz dolegliwości bólowe.

Biegły stwierdził, że do pozostawienie setonu w ciele pacjenta musiało dojść w trakcie którejś z operacji wykonywanej w pozwanym szpitalu. W takich sprawach sąd nie musi ustalić który operator pozostawił ciało obce w ciele pacjenta, gdyż zgodnie z koncepcją tzw. winy anonimowej nie jest to konieczne dla odpowiedzialności szpitala. Wystarczające jest bowiem wykazanie, że ciało obce musiał pozostawić lekarz wykonujący operację w pozwanym szpitalu. Zarzuty szpitala o braku ustalenia osoby winnej nie były więc skuteczne.

Szpital bronił się także twierdząc, że operacje miały charakter pilny i nagły, co mogło uzasadniać pośpiech i niedokładność. Taka argumentacja także nie znalazła uznania w oczach sądu. Sąd zasądził zadośćuczynienie w kwocie 140.000,00 zł.  Niestety nie na rzecz pacjenta, gdyż pacjent zmarł w trakcie procesu. Kwotę te otrzymały spadkobierczynie powoda – żona i córka.

Co ciekawe, sąd apelacyjny zmienił wysokość zadośćuczynienia zasądzoną przez sąd okręgowy. Sąd I instancji orzekł bowiem, że pacjentowi (spadkobiercom) należy się łącznie kwota 80.000,00 zł i dopiero na skutek apelacji podwyższono tę kwotę do 14.000,00 zł.

Jest to ciekawe, bo z reguły sądy apelacyjne nie zmieniają rozstrzygnięcia sądu pierwszoinstancyjnego w zakresie zadośćuczynienia.

Tym razem było inaczej. Wniosek banalny. Warto walczyć do końca.

 

Ile musimy poczekać na opinię biegłego w sprawie o błąd w sztuce medycznej?

Michał Grabiec        11 maja 2017        2 komentarze

Nie ma co się przesadnie rozpisywać, gdyż prawie wszyscy wiedzą jaka jest odpowiedź na to pytanie. Problemem o skali systemowej jest bowiem brak odpowiedniej liczby obiektywnych biegłych, którzy mogliby się wypowiedzieć o tym, czy leczenie było zgodne z aktualną wiedzą medyczną.

Zdarzają się też przypadki dość kuriozalne. W jednej ze spraw, którą prowadzi nasza kancelaria biegły musiał wypowiedzieć się o prawidłowości wykonania operacji krwiaka podtwardówkowego u noworodka oraz opieki sprawowanej następnie nad pacjentem. W szczególności zastrzeżenia rodziców budzi opieka pooperacyjna oraz brak zdiagnozowania wystąpienia bakterii gronkowca u dziecka.

Dopiero po sporządzeniu niekorzystnej dla nas opinii udało się ustalić, że biegły… pracuje w placówce, którą ocenił. Biegły nie zajmował się tym noworodkiem i nie został w żadnym miejscu wpisany w dokumentacji medycznej.  Biegły nie zgłosił faktu, że jest związany z placówką, którą miał ocenić. Obecnie czekamy na drugą opinię.

W tym przypadku bez problemu udało się znaleźć innego biegłego, który będzie mógł sporządzić opinię. Gorzej jeżeli przypadek jest bardziej skomplikowany i konieczna jest wielodyscyplinarna opinia instytutu naukowego.

Właśnie w takiej sprawie otrzymaliśmy po blisko dwóch latach opinię, która stwierdzała, że wystąpiły błędy w leczeniu pacjenta. Niestety biegli nie powiązali leczenia pacjenta ze skutkiem – śmiercią pacjenta. Biegli z instytutu nie wypowiedzieli się czy pacjent zmarł na skutek tych błędów.

A jest to niesłychanie istotne w sprawach odszkodowawczych – powiązanie działania ze skutkiem.

Konieczne jest sporządzenie opinii uzupełniającej, na którą czekamy już pół roku. Ile trzeba czekać na opinię biegłego w sprawie o błąd w sztuce medycznej? Długo. Zdecydowanie za długo.